Jeśli ktoś traci życie na własne życzenie, to jest to najczęściej samobójstwo. Natomiast śmierć na własne życzenie, ale zadana przez kogoś, to właśnie eutanazja – mówi profesor Andrzej Rzepilński z Uniwersytetu Warszawskiego. Twierdzi on też, że w naszych szpitalach dochodzi do eutanazji.
- Jeśli człowiek jest tak chory, że nie ma siły, by samemu przerwać własne cierpienie i poprosi o to inną osobę, to nie jest to samobójstwo?
- Są przypadki, w których chory terminalnie (ostatnie dni cierpień) popełnia samobójstwo. Zażywa wówczas trucizny, skacze przez okno lub się wiesza. Natomiast eutanazja wiąże się z działaniem innego człowieka.
- Musi być jednak na to zgoda chorego?
- Jeśli nie ma tej zgody, mamy do czynienia z czystym zabójstwem. Okolicznością łagodzącą przy wymiarze kary może być ewentualnie fakt współczucia dla cierpiącej ofiary, ale nie ulega wątpliwości, że jest to jednak zabójstwo. Ostatnio dyskutowano historię, która wydarzyła się w Anglii. Tam lekarz dokonał może nawet 400 zabójstw, z tego w dużej części osób w stanie terminalnym. Gybym był sędzią, w tym wypadku na pewno bym nie zastosował żadnych okoliczności łagodzących. Bo ta liczba ofiar świadczy o tym, że lubił zabijać i o współczuciu nie było mowy.
- Lubił zabijać i to wszystko?
- Tego typu przypadki mordowania osób bezbronnych ze względu na wiek czy chorobę zdarzają się głównie dlatego, że wcześniej lekarz lub pielęgniarka wyłudził od ofiary jakiś zapis w testamencie na swoją korzyść. Wtedy przyspiesza śmierć chorego poprzez wywołanie gwałtownego ataku serca czy systematyczne podawanie trucizny albo odjęcie leku, który ratuje życie.
- Trzeba więc wyraźnie oddzielić eutanazję od zwykłego morderstwa.
- Tak, bo eutanazja jest na życzenie cierpiącego i pod wpływem współczucia dla niego.
- Dlaczego więc sprawa eutanazji wzbudza tak wiele emocji?
- Eutanazja rodzi i musi rodzić emocje, bo nie uciekniemy od historii, zwłaszcza w Polsce, od programu nazistowskiego, który przy pomocy eutanazji chciał oczyścić tak zwaną rasę panów. Bądź przy pomocy innych metod, które były wtedy modne i nieobce nie tylko Trzeciej Rzeszy. Bo przecież wszystkie kraje skandynawskie przyjęły program eugeniki.
- Co to jest eugenika?
- Program ten zakładał bardzo aktywne działanie władz publicznych przeciwko osobom, które mogły reprodukować, jak to wtedy mówiono, ludzi niepełnowartościowych biologicznie. Ten program trwał do połowy lat siedemdziesiątych i polegał na zamykaniu tych ludzi w różnych ośrodkach, kontrolowaniu ich, pozbawianiu możliwości uzyskania pracy. Generalnie było to odseparowanie od reszty społeczeństwa. Skandal z eugeniką w Szwecji wykrył szwedzki dziennikarz pochodzenia polskiego o nazwisku Zaręba, który opublikował na ten temat serię artykułów. Okazało się, że przez ten program przeszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi!
- Ale chyba nie można porównywać eugeniki do eutanazji?
- Można, jeśli chodzi o sam zamysł. W obu przypadkach mamy do czynienia z legalnym pozbywaniem się osób, wykorzystując ich życzenie, które może być jednak czasowe. Taka osoba może potem walczyć o życie, ale nie być w stanie zmienić swojej decyzji i lekarze mogą tę osobę usunąć. Prawo pozwalające lekarzowi pomóc w zabiciu człowieka, a takim jest prawo holenderskie, jest w moim przekonaniu trudne do zaakceptowania.
- Dlaczego?
- Bo nie uwzględnia sytuacji granicznych. Ale wówczas na ten temat powinien się wypowiadać nie lekarz, tylko sąd. Weźmy przypadek chorego, który po rozległym wylewie może tylko poruszać oczami. Do niedawna przypuszczano, że w takiej sytuacji funkcje mózgu praktycznie ustały. Okazuje się, że nie. Chory jest w pełni świadomy, co się z nim dzieje. Znana jest historia pewnego Francuza, który porozumiewał się z otoczeniem za pomocą powiek. I załóżmy, że on daje powiekami znak komuś bliskiemu: ,Zabij mnie”. Nie wyobrażam sobie, że to impuls wystarczający do podjęcia przez lekarza ostatecznej decyzji. Natomiast wyobrażam sobie, że takie wątpliwości może rozstrzygąć sąd i to po publicznej debacie.
- Holandia chyba już rozstrzygnęła ten spór?
- Holendrzy poszli w tym kierunku, bo to jednak inna cywilizacja niż nasza. Mają rozwinięte instytucje podnoszenia jakości życia. W większości więc popierają swoje nowe prawo, choć spora grupa gorąco protestuje przeciw prawu do eutanazji.
- Czy przypadek holenderski nie stanie się punktem zwrotnym w mentalności europejczyków?
- Może tak być, choć ja raczej postrzegam to w kategoriach mody. Na przestrzeni wieków były różne mody, ale niewiele z nich przetrwało. Eugenika jest dobrym tego przykładem. Nikt dziś nie uważa, że trzeba pod przymusem kastrować osoby o niskim ilorazie ineligencji. Sądzę, że i moda na eutanazję przeminie, a Holendrzy będą kiedyś żałować, że takie prawo wprowadzili.
- Niedawno powiedział pan publicznie, że w polskich szpitalach dokonuje się eutanazji.
- Tak, myślę, że w praktyce dochodzi u nas do przypadków, że lekarz na żądanie pacjenta lub jego rodziny i pod wpływem współczucia, jeszcze przed rozpoczęciem uporczywej terapii, pomaga choremu popełnić samobójstwo. Na przykład podając choremu bardzo mocną dawkę morfiny. Z punktu widzenia prawa jest to czysta eutanazja. Tyle tylko, że statystyka sądowa nie wykazuje takich spraw, czyli informacje o tym nie docierają do wiadomości publicznej.
- A pan słyszał o konkretnych przypadkach?
- Osobiście nie znam takiego przypadku. Jakkolwiek od czasu do czasu docierają sygnały związane z eutanazją, ale wyjątkowo i dotyczące działania osób najbliższych choremu. Choć nie można wykluczyć sytuacji, kiedy lekarz sam, pod wpływem współczucia dla cierpiącego, skraca mu życie. Można to sobie wyobrazić zwłaszcza na oddziałach wewnętrznych. Podobnie jak w domu chorego. Przy czym trzeba brać pod uwagę, że rodzina tak już przebiera nogami do spadku, że jest zainteresowana ,skróceniem” jego cierpienia.
- I wyciąga mu poduszkę spod głowy?
- No właśnie. Ale skoro teraz nawet policja nie ma na ten temat wiedzy, trudno o tym dyskutować. Natomiast nie mogę sobie wyobrazić, że coś takiego zdarza się w hospicjach, gdzie pracownicy świadomie poświęcają się umierającym, więc nie po to, żeby ich zabijać.
- Co pan sądzi o wniosku grupy polskich posłów do premiera, żeby postawić państwo holenderskie przed Trybunałem Praw Człowieka? Właśnie za legalizację eutanazji?
- Można docenić ten gest w obronie życia, ale nie sądzę, by premier rządu RP mógł ten wniosek potraktować poważnie. Była to bowiem suwerenna decyzja parlamentu Holandii.
- Badania opinii publicznej w Polsce wykazują, że 40 procent obywateli akceptuje eutanazję. Z czego to wynika?
- Z pewnością ze sposobu postawienia tego problemu. Jeśli bowiem zadamy pytanie, czy jesteś za tym, żeby lekarz zabijał chorych na ich żądanie, to rozkład odpowiedzi będzie zupełnie inny. Chyba każdy w swoim najbliższym otoczeniu zetknął się ze śmiertelnie chorym i kiedy on umiera, następuje pewna ulga, że już nie cierpi. Ale gdyby zapytać tych respondentów, czy sami zażądaliby od lekarza skrócenia cierpień kogoś bliskiego, to nie wiem, czy 2 procent poparłoby eutanazję.
- Czy człowiek ma prawo do samobójstwa, jak uważał Albert Camus?
- Jak się patrzy na to z perspektywy praw człowieka, to nikt skutecznie nie może zrezygnować z prawa do życia. Tak jak nie mogę pozbyć się swojego prawa do wolności słowa. Nie mogę stanąć na rynku i ogłosić, że od dzisiaj tylko mój przełożony może decydować, co wolno mi powiedzieć. Nie mogę również ogłosić publicznie, że rezygnuję z prawa do życia i każdy mnie może zabić. A jak nie, to sam się tego życia pozbawię. Byłoby to działanie pozbawione wszelkiego znaczenia prawnego. Natomiast na temat samobójstwa prawo polskie się nie wypowiada, co jest istotne zwłaszcza w sytuacji odratowania niedoszłego samobójcy. Uważam, że tak powinno być, bo każdy ma prawo skrócić swoje życie.
- A czy jest pan za karą śmierci?
- Nie można administracyjnie dokonywać zabójstw. Nie można angażować funkcjonariuszy państwa w zabijanie. Tym bardziej, że zawsze istnieje niebezpieczeństwo pomyłki sądowej.
Autor artykułu: Marek Książek